Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szczęście. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szczęście. Pokaż wszystkie posty

piątek, 30 stycznia 2009

a good year



Cudowny dzień, który traktuję jak weekend i sobotę. Zaczęło się od późnego wstania z łóżka, poprzedzonego moim dosypianiem i czytaniem gazety przez Mi.
Potem nieśpieszne śniadanie w postaci jajek w kokilkach, z których jednak wyszła jajecznica. Ale i tak były pyszne:)
Zamiast się uczyć teorii przekładu, zasiadłam przed monitorem i wzięłam się za oglądanie "Dobrego roku". Idealny film na szarzyznę za oknem. Obok "Ukrytych pragnień" Bertolucciego i "Czekolady" znalazłam kolejny film na pochmurne dni.
Bardzo się cieszę, że dane mi było spędzić parę godzin w Prowansji. A wszystko dzięki tacie, który jechał oglądać kamieniołomy:) Mimo, że miałam jakieś 15 lat, to wciąż przypominam sobie stoki porośnięte winoroślami, uroczą wioskę, której ryneczek pozastawiany był stolikami i kelnerzy z pobliskiego bistro przebiegali przez ulicę z tacami, żeby obsłużyć gości siedzących na rynku. Wspominam również nieletnie upojenie się winem siedząc na owym rynku przy stoliku z kraciastym czerwonym stolikiem i potem noc w hoteliku z trzaskającymi okiennicami z powodu mistralu. Może to i kicz, ale w takie miejsce chciałabym kiedyś powrócić.

niedziela, 16 grudnia 2007

poszły sobie...

... smuteczki moje wszystkie precz. Pomimo tego, że nie wydarzyło się nic spektakularnego jestem przepełniona szczęściem. Cudownie czasami uświadomić sobie ten stan, jest to cenne zwłaszcza dlatego, że nie trwa wiecznie.

Miałam oczywiście ambicje i plany, aby cały weekend spędzić zakopana w książkach i nic z tego nie wyszło, za to czas ten nie był bynajmniej zmarnowany. Chociażby dzisiaj oglądnięty wspólnie "Match point" z workiem mandarynek obieranych i podsuwanych mi pod nos. Później zaskoczył mnie tato, gdy weszłam do kuchni, a on sobie słuchał jakiegoś jazzu z klarnetem w roli głównej (tato, jazz??) - od razu nasunął się klimat z Allena :)

Kolacja skonsumowana- pieczarki zapiekane z gorgonzolą, szpinakiem i czosnkiem, teraz słucham podcastów Sjesty Kydryńskiego i biorę się w końcu za lektury nudniaste. Bo przecież nie może być stale idealnie.

poniedziałek, 17 września 2007

indian summer



Chęć do pisania powróciła. Wcześniej wielokrotnie siadałam przed komputerem i jakoś tak wszystko się rozmywało.
Od kilku dni jestem na wielkim endorfinowym kopie, jeśli można to tak nazwać :)
Do naszego ślubu pozostało dosłownie kilka dni, a u mnie wciąż nie ma stresu. Wręcz odwrotnie , z każdym dniem czuję się bardzej szczęśliwa, zupełnie nie wiem, gdzie to się wszystko we mnie mieści.

W sobotę zrobiliśmy wieczór panieńsko- kawalerski z garstką znajomych. Wczoraj na kacu postanowiliśmy wybrać się na Ślężę. Byłam pomysłodawczynią, ale gdzieś tak w połowie drogi przeklinałam siebie. Dzisiaj czuję każdy mięsień, jako że raczej leniwiec ze mnie. Zdecydowanie częściej trzeba się męczyć fizycznie :)

Zeszły tydzień minął pod znakiem mojej choroby, teraz w łóżku swoje wyleżeć musi Prawie-mąż :) Dzięki temu mogę zasiąść z kawą przed kompueterm i na nowo cieszyć się z odkrytych piękności na flickrze

czwartek, 6 września 2007

pełnia szczęścia

Od dwóch dni karmię moją rodzinę i wcale ich za to nie znielubiłam :) W piekarniku hurtowa ilość klopsików z bazylią i fetą w środku, w rondelku pyrkocze sos pomidorowy z wielką ilością czosnku i oregano z ogródka. Pozostało mi jeszcze zrobienie couscousu z czarnymi oliwkami i obiad gotowy.

Tymczasem chwila spokoju, którą mogę poświęcić na notkę i przeglądnięcie książek przyniesionych z biblioteki. Dobrze, że mam "chody" u pani bibliotekarki i daje mi książki dopiero co zakupione, nie wpuszczone jeszcze do obiegu.

Od wczoraj jestem szczęśliwą posiadaczką własnego autka. W moich oczach uchodzę za Boga, bowiem sama nim wróciłam z Jeleniej Góry, a jak dotąd nie wypuszczałam się na dalsze trasy. Muszę się teraz szkolić, bowiem czekają mnie dojazdy na zajęcia do Wrocławia, ok 60 kilometrów.
A zima sroga ma nadjeść :) Okazało się jednak, że jest tak, jak myślałam. Gdy wsiadałam za kółko aut rodziców byłam niesamowicie zestresowana, że coś przerysuję itd. Natomiast odkąd śmigam moim lansikiem (lanos) jestem wyluzowana, świat jest piękny, nawet gdy deszcz i mgła, a śpiewanie Bitter sweet symphony na głos podczas jazdy ma wielki urok :)