czwartek, 19 listopada 2009

gar-kuchnia

W kwestii kulinarnej donoszę, że wczoraj znów mieliśmy okazję zasiąść do stołu, tym razem z teściami i jak zwykle dającym radę czerwonym Carlo Rossi. A wszystko dzięki Mi, który przyniósł do domu królika i podjął się stania za garami. Było pysznie!:)
Teściowa rozpieszcza mnie słoiczkami jej autorstwa, zawartości znaczy się. Tym razem do mojej kolekcji przybyły jabłka do szarlotki, gruszki z goździkami i chutney do mięsiw.
Leczę się z mojego uzależnienia do ładnie wydanych książek kucharskich i ostatnio chodzę do empiku, żeby tylko pooglądać sobie świąteczną Nigellę. I nawet mnie nie korci, żeby kupić.

Nad Dolnym śląskiem zawisły znów szare chmury. I jak tu rano z werwą wstawać?

niedziela, 15 listopada 2009

czarna polewka

Całkiem wiosennie mamy tej jesieni. Aż chciałoby się iść na spacer daleko, gdzie nogi poniosą. Tymczasem utknęłam z mamą przy garach i przygotowujemy urodzinowy obiad taty. Jako, że moja rodzina należy do tych perwersów, którzy lubią czerninę (oprócz jubilata, chociaż on nie lubi nawet ruskich pierogów), zatem mamy dzisiaj ucztę.
Lubię jak rodzina schodzi nam się do domu w większej ilości i możemy zasiąść gromadą do stołu.

Ładna pogoda nie zmienia jednak faktu, że smętnie mi się ciągnie ten listopad, uczelnia zniechęca, magisterka odrzuca i jedyne na co czekam, to adwent i mnóstwo czerwono - złotych świątecznych pierdółek. Zdecydowanie mi trzeba świątecznego kiczu.

środa, 21 października 2009

poniemieckości

Często spotykam się z pytaniem jak to jest nam mieszkać z rodzicami. Różnie to bywa, właściwie, to nie wtrącają się do naszego życia i względnie się dogadujemy. I naprawdę cudownie jest wrócić do domu, gdzie czeka na stole pyszny obiad. Może to rozleniwia, gotować lubię, ale czasem dobrze jest kiedy ktoś za nas się napracował i podsuwa pyszności pod nos:) Rodzice na szczęście mają domek letniskowy na Wielkopolsce, więc i tak gdyby to wszystko zliczyć połowę roku spędzają tam, a my mamy spokój.

W ramach poobiedniego i po-szkolnego relaksu idę zalegnąć z kawą i książką kucharską Pascala. Mediateka rządzi, przez co nie muszę już wydawać miliona złotych na książki kucharskie, a jedynie wypożyczyć je.
Potem odwiedziny dziadka i zdanie mu relacji z tego, jak to było na ateistycznym pogrzebie w Niemczech w towarzystwie czyjegoś wujka, który był agentem Stasi i donosił na własną córkę. Żeby nie było już tak ponuro, wizyty w Niemczech zawsze muszą skończyć się uzupełnieniem zapasu herbat (tym razem rabarbarowo- waniliowa i prowansalska- morela, miód i lawenda) oraz skrzyneczką Paulanera. Dlaczego świat jest tak niesprawiedliwy, że w Pl ten trunek kosztuje ok 6zł, a w Dojczlandzie poniżej 3??

niedziela, 18 października 2009

seanse

Niedzielne popołudnie dobiega końca, a ja próbuję wykrzesać z siebie choć odrobinę zapału do pracy. 5 rok studiów zdecydowanie nie jest ciężki, nie oszukujmy się, że jak dotąd nie zrobiłam nic. Cofam się językowo, magisterka leży odłogiem, a za napisanie głupiego wypracowania biorę się od kilku dni.
Nie będę jednak popadać w marudzenie i lepiej napiszę o wczorajszym seansie "Julia and Julie" - film idealny na deszczową pogodę. Zaraz po seansie poszłam do księgarni, żeby kupić książkę i porównać. Lubię po oglądnięciu filmu czytać książkę, na podstawie której powstał obraz. A samotne chodzenie do kina jest jednym z moich sposobów na zły nastrój.

Jutro czeka nas 450 km drogi do Germanii, aby wziąć udział w pogrzebie osoby, której nie widziałam na oczy. Cóż, weszło się do nowej rodziny i trzeba pogodzić się z koligacjami i przyjąć "obowiązki" wynikające z wstąpienia:)
Mam tylko nadzieję, że pogoda dopisze i wszystko minie sprawnie.

środa, 14 października 2009

czwóreczka

Za kilka godzin muszę wsiąść w samochód i jechać do Wrocławia. Za oknem śnieg i znając moje szczęście pewnie utknę w korku na A4 z powodu jakiegoś wypadku. Dostrzegłam u siebie, że zamiast współczuć tym nieszczęśnikom, którzy mają na autostradzie wypadki, ja zazwyczaj się wściekam, że przez idiotę, który jedzie jak głupi, muszę stać w korku.

Zamiast na zajęcia ciągnie mnie do kina. Już raz takie wagary sobie zrobiłam. Poszłam na "Przerwane objęcia". Jak to u Almodovara zachwyciły mnie kolory i Penelopa. Sam film jednak bez ekscytacji, aczkolwiek raz można zobaczyć. Zdecydowanie bardziej wolę jego stare "pokręcone" filmy.
Na szczęście jest jesień,a co za tym idzie mnóstwo nowych filmów w kinie. Już zasadzam się na "Solistę" i nowego Jarmuscha oraz Allena.

Za ścianą kończy nam się połowicznie remont. Czeka mnie sprzątanie centymetrów kurzu. Niestety z urządzaniem trzeba będzie jeszcze poczekać, bo jak na razie podłogi brak. Jednak myślę, że zieleń limonki na ścianach będzie w stanie poprawić mi humor.

Tymisiowa mnie wywołała do łańcuszka pewnego... :
4 miejsca, w ktorych mieszkałam:
S. na dolnymśląsku (jest to taka mała mieścinka 60km od Wrocławia, że nieswojo będę się czuła zdradzając nazwę)
Wrocław
S.
Wrocław
( nie ma we mnie pierwiastka nomady)
4 miejsca, do których lubię wracać:
dom
Wolsztyn
Jazz Klub Rura we Wrocławiu
morze polskie
4 ulubione potrawy:
zupa z dyni
klopsiki z fetą, kuskusem z czarnymi oliwkami, sosem pomidorowym
zupa pomidorowa
łosoś
4 potrawy, których nie znoszę:
brukselka
skorupiaki
i to chyba na tyle:)
4 pasje:
literatura
design
kino
kulinaria
4 miejsca, które bym zwiedziła, gdybym miała taką możliwość:
Argentyna
Skandynawia
Sycylia
Nowa Zelandia
4 seriale, programy, które lubię:
House
SATC
Latający Cyrk Monthy Pythona
Jamie Oliver
4 miejsca pracy:
jak na razie tylko jedno - rodzinna firma:)
4 rzeczy, które bym chciała zrobić, przeżyć:
wyzbyć się czarnowidztwa
nie zamartwiać na zapas i doceniać chwilę
nauczyć się lepiej angielskiego
tłumaczyć literaturę
4 ulubione filmy:
Sprzedawca marzeń i reszta Tornatorre
Do utraty tchu i w pakiecie Windą na szafot
Samotni
Słodki drań i inne Allena
4 ulubionych wykonawców muzyki:
za dużo by ich wszystkich wymienić, ostatnio zasłuchuję się Nicolą Conte, Esbjornem Svenssonem i soundtrackiem z "Vicky Christiny..." - jesień.
4 rzeczy, które robię po wejściu do internetu:
poczta
blogi
wiadomości
strony ulubione

z chęcią dowiedziałabym się o typach Matyldybo, Personal Breslau i Magody

niedziela, 4 października 2009

jesiennie, nie melancholijnie

Za oknem wieje, pochmurno, więc zdecydowanie nie mam ochoty wystawiać nosa za drzwi. Pielęgnujemy zatem nasze zachcianki kulinarne. Na szczęście katar już mi mija i w końcu zaczęłam czuć zapachy. Z piekarnika właśnie wyszła pierwsza partia rogalików z wiśniami, Mi przygotowuje obiad, a w międzyczasie dojadamy tartę cebulową z wczorajszej kolacji.
Kupno wymarzonej "Klapsy albo konferencji" skłoniło mnie do wypróbowywania przepisów z tejże. Szkoda tylko, że moje kucharzenie odbywa się zazwyczaj zrywami, a częściej ze zwykłego lenistwa wolę pooglądać książki kucharskie niż coś upichcić.

Po roku wychodzenia pisma, kupiłam ponownie "Bluszcz" zachęcona ilością literek, które w nim się znajdują. Jakoś odrzuca mnie ostatnio od dłuższej prozy. Po przeczytaniu Andy Rottenberg wszystko inne wydaje mi się nudne. Ale to pewnie minie.

wtorek, 29 września 2009

powroty

Dobrze jest wrócić do domu. Wesele zaliczone, obserwacje etnograficzne poczynione, wnioski wyciągnięte:) Pierwszy raz byłam na weselu na 150 osób i na długo to zapamiętam. Samo wesele przeżyte jakoś bez ekscytacji. Pomimo góry jedzenia wszystko było jakieś takie mdłe. Interesująca była również muzyka:) Wychodzę z założenia, że na większości wesel prędzej, czy później zagrają "Jesteś szalona", ale jak już poleciało "Bara bara bara riki tiki tak", to nie wiedziałam czy śmiać się, czy płakać :) Dodam, że na początku zespół baaardzo mnie zaskoczył, bo na początku zagrał "Take five" Brubecka.

Dzisiaj mój Mi ma imieniny, nietrudno więc zgadnąć, że jest Mi to skrót od Michała.
Szykujemy więc małe świętowanie wieczorem, jutro nanoszenie poprawek na mgr i od czwartku zwarta i gotowa ruszam na uczelnię.
Korzystając z okazji, że Mi zaczyna w sobotę, jadę z nim do Wro i zobaczę nowego Almodovara. Piękny początek jesieni.